
Marek Doskocz: Azjatyckie kino grozy od kilku lat w Polsce i nie tylko cieszy się niesłabnącą popularnością. Dlaczego nie poszła za tym większa ilość publikacji książkowych na ten temat? Twoja „Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy” jest bodajże pierwszym takim opracowaniem.
K.G: Tej popularności, o której wspominasz, jakoś nie widać w naszych kinach. Pamiętasz tytuł azjatyckiego filmu, już nawet nie grozy, który ostatnio oglądałeś w kinie? Nie na przeglądach czy na festiwalach, ale w zwyczajnym kinie, w normalnej dystrybucji? A dlaczego filmoznawcy tak bardzo boją się horroru? Bo nie ma u nas tradycji pisania o grozie filmowej, bo nie robi się u nas horrorów z prawdziwego zdarzenia, bo to nie wypada, by poważny badacz zajmował się tak niepoważnym gatunkiem jak horror. Sądzę, że w Polsce kino gatunkowe, nie tylko horror, zawsze uważany był za coś mniej istotnego, za drugą kategorię nie wartą poważnych analiz. Może to echa traktowania horroru w czasach PRL-u, kiedy uznawany był on za przejaw degrengolady estetycznej i moralnej Zachodu? W każdym razie o tej niechęci do kina gatunkowego w Polsce przekonałem się osobiście, kiedy miesiącami szukałem wydawnictwa, które zechciałoby wydać moją książkę „Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy”. Na szczęście są jeszcze wydawcy gotowi zaryzykować pieniądze na tak niszową tematykę jak azjatycki horror.
M.D: Teraz może nie, ale pamiętam kolejki do kina na „The Ring”. Gdybyś miał polecić tegoroczne produkcje kina azjatyckiego, oczywiście filmy grozy, to jakie tytuły byś wskazał?
K.G: „The Ring” to polski tytuł amerykańskiego remake`u japońskiego „Ringu” (polski tytuł: „The Ring: Krąg”) Hideo Nakaty, a Tobie zapewne chodzi o oryginał. Osobiście nie przypominam sobie żadnych kolejek do kina na japoński horror: z tego, co pamiętam to film przemknął przez ekrany raczej niezauważony. Pytasz mnie o to, które z tegorocznych produkcji grozy polecam, ale rok 2011 nie był zbyt okazały pod względem wartościowych horrorów. Osobiście chętnie obejrzałbym „A Chinese Fairy Tale” – remake kultowych „Chińskich duchów” z 1987 r. oraz najnowszy film Siona Sono „Guilty of Romance”. Interesująco zapowiada się także najnowszy horror Takashi Shimizu, twórcy „Klątwy Ju-on” – „Rabbit Horror 3D”, będący wariacją na temat „Alicji w Krainie Czarów”. Z niecierpliwością będę również czekał na dwa nowe filmy grozy Yoko Anwara: „Modus Anomali” i „Impetigore”. Anwar pochodzi z Indonezji, kraju raczej bez znaczących sukcesów na polu filmowego horroru, ale wymieniony przez mnie reżyser jest bez wątpienia jednym z najciekawszych twórców azjatyckiej grozy.
M.D: Domyślam się, iż jesteś zwolennikiem azjatyckich oryginałów, ale powiedz i, jakie masz zdanie na temat ich amerykańskich wersji? I „The Ring – Krąg” i „Darkwater” czy „The Grudge” była przerabiana przez kino amerykańskie.
K.G: Gwoli ścisłości dorzućmy do wymienionych przez Ciebie jeszcze: ‘The Eye” braci Pang, „One Missed Call” Takashiego Miike, „Pulse” Kiyoshi Kurosawy, „A Tale of Two Sisters” Kim Ji-woona i tajlandzki „The Shuter”. Większość z amerykańskich remake`ów można określić wprost: są jak „Słoneczniki” Van Gogha, z których zostały tylko ramy. Choć jest jeden wyjątek: amerykański remake koreańskiego horroru „Into the Mirror”, czyli „Mirrors” w moim odczuciu był lepszy niż oryginał. Poza tym przyzwoitym remake`m był także „The Ring” Gore Verbinskiego.
M.D: Jak się czujesz, jako osoba, która przeciera w Polsce szlaki w materii azjatyckiego kina grozy? (śmiech)
K.G: Świetnie! Ale czułbym się jeszcze lepiej, gdybym nie musiał tych szlaków przecierać, a raczej je poszerzać i pogłębiać. Bo to by znaczyło, że azjatyckie kino grozy jest w Polsce na tyle znane przez widzów i uznane przez środowisko filmoznawcze, że spokojnie można zająć się jego pogłębioną analizą.
M.D: Dlaczego jest inaczej? Skąd bierze się ten brak zainteresowania?
K.G: Jeśli chodzi o dystrybucję filmową, to odpowiedzi należałoby poszukać u źródeł, czyli dystrybutorów. Ale z tego, co wiem niechęć do azjatyckich horrorów, nie zawsze wynika ze złej woli. Większość polskich dystrybutorów korzysta z licencji zakupionych u amerykańskich dystrybutorów, a choć w USA festiwali i przeglądów azjatyckiej grozy jest bez liku, to bardzo rzadko jakikolwiek film spoza anglosaskiego kręgu kulturowego trafia do kinowej dystrybucji. Amerykanie wolą zrobić remake zagranicznego filmu niż wyświetlać oryginał z napisami, ponieważ automatycznie oznacza to dla dystrybutora o połowę mniejszą widownię. Skoro, więc Amerykanie nie kupują filmów z Azji do puszczania u siebie w kinach, to także polscy dystrybutorzy takich obrazów nie zakupują. Jeśli natomiast chodzi o literaturę filmoznawczą to nie ma się, czemu dziwić, jeśli kino gatunkowe – jak już o tym wspomniałem – jest wyklęte.
M.D: Twój pierwszy obejrzany horror wschodni? Pamiętasz wrażenia z jego oglądania?
K.G: Oczywiście „The Ring- Krąg” Hideo Nakaty. Piszę o nim we wstępie do mojej ksiązki, ponieważ gdybym nie miał okazji go obejrzeć, być może nigdy nie zainteresowałbym się horrorem azjatyckim, a wtedy nigdy nie porwałbym się z klawiaturą na książkę o filmowej grozie z Żółtego Kontynentu. A wrażenia? Jasne, pamiętam. Nie zapomina się filmu, po którym kilka kolejnych nocy trzeba było spisać na straty i po którym pokój z telewizorem omijało się szerokim łukiem. Gdy obejrzałem obraz Nakaty, zastanawiałem się jak to możliwe, że film, w którym w gruncie rzeczy niewiele się dzieje, może być tak przerażający. Teraz już wiem. Wyobraźnia. „The Ring-Krąg” to horror, który w mistrzowski sposób uruchamia podczas seansu strach ukryty w wyobraźni widza. Jak się potem osobiście przekonałem Nakata nie był jedyny, który opanował sztukę straszenia tym co ukryte w naszych wnętrzach.
M.D: Twój ulubiony azjatycki horror?
K.G: Koreańska „Opowieść o dwóch siostrach”. Dla mnie arcydzieło gatunku. Film perfekcyjny pod względem realizacji i głęboko poruszający pod względem treści. I dowód na to, że w rękach artysty nawet tak skonwencjonalizowany gatunek jak horror może przemienić się w dzieło sztuki.
M.D: Jesteś z zawodu prawnikiem, jednak Twoje hobby to mówiąc ogólnie kultura i sztuka Wschodu. Kiedy zaraziłeś się tą tematyka?
K.G: Zawsze interesowało mnie to, co widać na ekranie, jak też to co znajduje się poza nim. Kulisy, twórcy, konteksty pozafilmowe. I tak też było w przypadku horroru Nakaty. Spodobał mi się tak bardzo, że pomyślałem sobie: może Azjaci mają więcej takich horrorów jak „The Ring- Krąg”. I zacząłem oglądać kolejne filmy grozy made in Japan, Korea czy Hongkong. Ponieważ jednak wiele z historii, które oglądałem na ekranie było umocowanych w rodzimej kulturze krajów, z których pochodziły, zdecydowałem się zgłębić ten temat. A ponieważ mam w zwyczaju kończyć, to co zaczynam, zatem wciąż zgłębiam azjatycką kulturę i sztukę, przy okazji odkrywając jej niezwykłe, fascynujące, magiczne strony. A poza tym, kiedy w końcu uzbieram dość pieniędzy, by wybrać się w podróż mego życia na Daleki Wschód, muszę być dobrze przygotowany i właśnie to teraz staram się czynić.
M.D: Które kino spośród omawianych kinematografii krajowych preferujesz?
K.G: Nie zwracam uwagi na kraj produkcji. Wszak o wartości danego, konkretnego tytułu decyduje nie to, czy zrealizowali go Japończycy, Koreańczycy czy Chińczycy. Niemniej największy sentyment odczuwam do grozy koreańskiej, ponieważ ten obszar azjatyckiego kina zgłębiłem w pierwszej kolejności. Nadal staram się być na bieżącą z horrorem z Korei, choć ostatnie dwa lata nie były dla tej kinematografii grozy nazbyt udane.
M.D: Są jakieś wyraźne różnice między nimi?
K.G: Tak, różnice są zauważalne. Piszę o tym również w mojej książce, więc w tym miejscu powtórzę, to co napisałem. Japoński horror to przede wszystkim groteska w najróżniejszej postaci i natężeniu; kino koreańskie to dramaty psychologiczne wzbogacone o dawkę grozy; kino z Hongkongu to aspekt cielesny zarówno w licznych komedio-horrorach, jak też w brutalnie traktujących ludzkie ciało filmach rodzimej eksportacji tzw. Category 3. Z kolei kino tajlandzkiej to duchy w nowocześnie sfilmowanych produkcjach, choć coraz częściej twórcy z tego pięknego egzotycznego kraju sięgają po wzorce zachodnie, zwłaszcza widać te wpływy w produkcjach oferujących krwawe efekty. Natomiast kraje Azji Południowo-Wschodniej (Malezja, Singaupr, Indonezja, Filipiny) do niedawna zdominowane były przez odtwórcze produkcje, nieudolnie naśladujące japoński czy tajlandzki horror. Na szczęście do głosu dochodzą młodzi utalentowani twórcy, którzy potrafią obce konwencje filmowe przystosowywać do rodzimej specyfiki z coraz lepszym skutkiem. Sztandarowym przykładem może służyć malezyjski horror „Waht?” („Seru”), który czerpiąc z modnej na Zachodzie konwencji paradokumentalnego horroru, tzw. mockumentary twórczo wykorzystują ją do opowiedzenia typowej dla Malezyjczyków historii o opętaniu.
M.D: Na koniec jeszcze jedno pytanie. Zawsze mnie zastanawiało skąd w horrorze azjatyckim wzięła się sytuacja, że w sumie nie ma tam za wiele krwi, tak jak np. w „The Ring – Krąg”, a mimo to widz cały czas się boi?
K.G: To nieprawda, że w azjatyckie kino grozy jest oszczędne w krwawe atrakcje. Na przykład japoński horror oferuję takie dawki gore, że tylko nieliczne produkcje zachodnie byłby w stanie pod tym względem konkurować. Polecam zwłaszcza obrazy „nowej fali” gore spod znaku „The Machine Girl” Noburo Iguchiego czy „Helldriver” Yoshihiro Nishimury, w których możemy oglądać potoki krwi dosłownie zalewające kadry. Zresztą nawet Koreańczycy, raczej unikający dosłowności, mogą poszczycić się filmem o znamiennym tytule – „The Butcher”, który jest tak krwawy i brutalny, że wszystkie „Piły” czy „Hostele” wypadają przy nim jak dobranocki dla małych dzieci. Ale bynajmniej nie oznacza, że Azjaci produkują tylko i wyłącznie pełne przemocy shockery. To nastrojowy nurt japońskiej grozy zapoczątkowany przez „The Ring- Krąg” Nakaty zwany J-horrorem zdobył największą popularność na świecie i przysporzył sobie wielu miłośników. Może dlatego odniosłeś wrażenie, że nastrojowy horror dominuje w azjatyckim kinie grozy? A w czym tkwi sekret, że choć w łagodnej odmianie skośnookiego horroru nie pojawia się ani jedna kropla krwi, potrafi on skutecznie straszyć? Już o tym wspomniałem. Chodzi o uruchomienie wyobraźni widza. A także o szacunek, który mu okazują mu twórcy, traktując odbiorcę jako człowieka inteligentnego, nie pozbawionego wyobraźni i wrażliwości. Brak szacunku dla mojej inteligencji zawsze drażnił mnie w amerykańskich horrorach, w których wszystko jest dopowiedziane i wyjaśnione. Ale właśnie dlatego Amerykanie nie są mistrzami kina grozy, choć przecież w USA horror najpełniej się rozwinął. Mistrzami jest Nakata i jego azjatyccy koledzy, którzy wiedzą, że największy strach skrywa się nie na ekranie, lecz głęboko w zakamarkach ludzkiej duszy.
M.D: Dziękuję za rozmowę
K.G: Ja również
rozmowa pierwotnie ukazała się w dwutygodniku ArtPapier
http://artpapier.com/index.php?pid=2&cid=3&aid=3107